-wspomnienie Lilli Wenedy

120-lecie » Wystarczy mi pamięć » -wspomnienie Lilli Wenedy

  W X klasie na jednej z lekcji języka polskiego czytaliśmy Lillę Wenedę. Anielka - profesor Aniela Cieńciałowa, rozdała role. „ O!! siostro moja jak ty zadumana” zaczęłam tekstem bohaterki, Anielka poprawiła, musisz to połączyć, nie „O! Siostro..” tylko „O siostro.. ”. Kiedy skończyliśmy recytację, nasza Wychowawczyni oznajmiła, jakby mimochodem, że spróbujemy wystawić dramat w teatrze. Podział ról został uzgodniony wcześniej z profesorem Ramszą i panią Marią Ramszową.
Zdumiewające, jak szybko nauczyliśmy się tekstu. Reżyserią zajęła się pani Ramszowa, potem doszlifował nas prawdziwy aktor teatru bielskiego, pan Korcz. Profesor Zygner zaprojektował scenografię i stroje. Mamy, ciocie i krawcowe szyły kostiumy z atłasu i starych worków. Moja szata była z 7 jardów białego rypsu, przysłanego przez wujka z Ameryki. Kilka miesięcy plotłyśmy zbroje z sznurków, które potem zostały pomalowane srebrną farbą. W przedstawieniu brała udział cała klasa. Profesor z kolegami kleili tekturowe tarcze, miecze, a nawet harfę. Anielka organizowała peruki. Jedna miała być dla mnie z długimi warkoczami (tekst: „rozpuść Lillo swoje złote włosy”). Ale w czasie przygotowań do projektowania kostiumów, profesor Zygner poprosił, bym rozpięła kok w bok, po czym zakomunikował, że będę występowała bez peruki. Kilka dni przed występem wpadłam na pomysł zrobienia sobie trwałej, Mama specjalnie nie oponowała i tak też się stało. Kiedy Anielka zobaczyła barana na mojej głowie, przestała się do mnie odzywać. Trwało to pół roku. A ja potrzebowałam dwadzieścia kilka lat, żeby zrozumieć jej rację.
   

  20 maja 1957 roku odbyła się premiera. Pamiętam tę czarną otchłań widowni w absolutnej ciszy i te oślepiające reflektory skierowane na mnie i pierwsze moje słowa: „O siostro moja, jak ty zadumana, idź spójrz na walkę, zaczaruj zwycięstwo”... To wspomnienie owładnęło mną po wielu latach przed obroną doktoratu, kiedy zgasły światła przed prezentacją i jedynie podświetlone schodki wskazały drogę do pulpitu. Poczułam się oswojona z sytuacją, pomyślałam: co mi tam...
 

 

  Kiedy Teatr Ateneum w Warszawie wystawił Lillę Wenedę - spektakl ozdobiony świetnymi nazwiskami, oceniłam go jako lodowato poprawny, zupełnie nie miał tego żaru, którym myśmy nasycili przedstawienie. Nasza Gwinona – Basia Pech, królowa w roli królowej, majestatyczna i bezwzględna, okrutna i piękna, zabiła, ale za kulisami zemdlała. A jej cały dwór: Jadzia Kocman, Gita Glajcar, Trudzia Bujok, Asia Białek, Jola Staniek stanowił esencję wdzięku młodości.
Krysia pachoł jakoRosa Weneda, wieszczka znająca dramat przyszłości swego ludu, w każdym calu tajemnicza, zagadkowa, niedostępna. Król Derwid - Rysiek Kwietniewski i bez królewskiej roli olśniewał. Nie mogę pojąć, dlaczego tak przystojny chłopiec z tak wspaniale potężnym, a zarazem czystym głosem nie został ulubieńcem kinomanów, wybrańcem Wajdy. Ślaz – Andrzej Ramsza pozwalał na chwilę oddechu w narastającym napięciu, a w mnisim habicie święty Gwalbert – Rudi Wojnar wprowadzał dozę humoru. Rycerstwo, wodzowie, harfiarze zapewnili dynamikę tak potrzebną w statycznym teatrze.
Jest taka scena, kiedy oślepiony król Derwid zamiast cennej, gwarantującej zwycięstwo harfy, odkrywa ciało córki i woła z rozpaczą „ puszczajcie do harfy… ja pod palcami czuję trupa… co to jest?… o to nie harfa, co ciało mojej umarłej córki..” W czasie próby generalnej na deskach teatru, majestat króla jest złamany, w głosie brzmią nieszczęścia całego świata, ale profesorowi Zygnerowi nie podobało się, że aktor szukając po omacku instrumentu błądzi ręką w powietrzu. Pochwycił jego dłoń, położył na moim ciele (dobrze, że oczy miałam zamknięte) i powiedział: to jest dziewczyna, a to jest jej pierś, nie możesz udawać, że grasz, musisz grać. Rysiek prawdopodobnie zdrętwiał, jak ja, ale kiedy zgasły światła, na premierze zagrał zgodnie z sugestią profesora. I tak samo realistycznie postąpił, szykując się do walki na pewną śmierć – Lelum, mówiąc: „ na ustach twoich siostro, zaprzysięgam, że zobaczymy się dziś..”
Po spektaklu były ukłony i oklaski, a nawet kwiaty od dyrekcji, o ile pamiętam trochę zwiędnięte.
Następnego dnia kolejny występ. Teatr pełen ale już bez rodziców i oficjeli. I znów ukłony, nagle wychodzi pani garderobiana i wręcza mi przepiękny bukiet z dwunastu różowych tulipanów. Długo nie mogłam się dowiedzieć, od kogo ta wzruszająca, elegancka i tak dobrana do mego stroju i wianka z kwiatów jabłoni - wiązanka. Pytałam wszystkich, wreszcie Gita wyjawiła, że wie od kogo, ale nie powie. W końcu zdradziła imię – Antonina – Jej Matka.
 

  Czy Lilla Weneda odegrała w naszym życiu jakąś rolę? Wzięliśmy udział w lekcji, której udzielił nam sam poeta, ukazującej problem towarzyszący ludzkości od zarania dziejów, walkę z bezwzględnymi mocami o trwanie. Jak odnieść problem ogólnoludzki do własnego życia pokazał nam Rysiek. Okaleczony jak król Derwid, torturowany kolejnymi etapami nieubłaganej choroby, walczył do ostatniego tchu, pomagając innym, zrezygnowanym, poddającym się bez walki. Dziś gra na harfie w przestworzach niebieskich i słucha go Jasio, Janusz, Antonina i z pewnością sam Juliusz. Wspominam ich codziennie w mojej krótkiej, wieczornej refleksji.

 

Ewa Łastowiecka (Taska), kardiolog. Rocznik 1940, LO 1954 - 1958

Facebook